Bloog Wirtualna Polska
Jest 1 253 595 bloogów | losowy blog | inne blogi | zaloguj się | załóż bloga
Kanał ATOM Kanał RSS

Zdobycie Mount Everestu zimą - Leszek Cichy cz.2.

niedziela, 02 września 2007 9:15

Leszek Cichy
Trzeba zejść, żeby zwyciężyć.... cz.2.


Trzeba ruszać. Tylko szybki marsz w dół może rozgrzać stopy. Teraz mamy przed sobą łatwiejszy odcinek.

            Lekko nachylona, szeroka na metr grań pozwala iść jej ostrzem. Znowu mocno wieje, ale powietrze robi się przejrzyste. Jest szaro. W oddali rozpłaszczająca się grań tworzy sporą platformę. Widać strzępy namiotów i puste, żółte butle tlenowe. To tam większość wypraw zakłada dodatkowy– piąty obóz. Jesteśmy więc na wysokości około 8450 m. Nie dochodząc do tego miejsca musimy skręcić w prawo, opuszczając grań. Schodzimy niezbyt stromym śnieżnym zachodem. Śnieg jest twardy, zmrożony i idzie się bez przeszkód. Tylko to zmęczenie. Po kilkunastu metrach dostrzegam niewyraźną sylwetkę. W kolorowym puchowym kombinezonie półleży na stoku. Na nogach raki. Związana liną, której drugi koniec schodzi w dół, pokazując kierunek dalszej drogi. Więc dotąd doszła Hannelore Schmatz po biwaku spędzonym na śnieżnej przełączce, sto pięćdziesiąt metrów wyżej. Przechodzę obok, odwracam się i widzę twarz skrytą w puchowym kapturze. Wygląda jakby usiadła i odpoczywając zakrywała się od wiatru. A więc i tak może wyglądać zejście z Everestu.

            Jest prawie ciemno. Coś dziwnego zaczyna się dziać z moim wzrokiem. Nie mogę skupić ostrości na szczegółach. Przed oczyma zaczynają migać czarne i czerwone plamy. Co to znaczy? Ogarnia mnie strach. Zdejmuję plecak i po omacku wyciągam latarkę. Zapalam. Mały, jasny krążek światła jest niczym wobec ogromu przestrzeni. Gaszę latarkę i czekam. Jest ciemno.Myślę o Majce i synu. Jak oni są daleko. Czekają. Czy już wiedzą, że byłem tam, na szczycie? Wrócić. Trzeba wrócić.

            Wzrok stopniowo przyzwyczaja się do całkowitej ciemności. Z wysiłkiem wstaję i powoli ruszam w dół. Jak to jeszcze daleko. Teraz tylko znaleźć wejście do kuluaru. Intuicja i pamięć drogi do góry podpowiadają bezbłędnie właściwe rozwiązanie. Dochodzę do niewielkiego, metrowej wielkości skalnego progu odgradzającego wejście do kuluaru. Jeszcze chwila i jestem poniżej.

            Kuluar tu na górze jest stromy i ma tylko kilka metrów szerokości. Niżej rozszerza się i łagodniejąc przechodzi stopniowo w serak odgradzający go od siodła przełęczy. Twardy śnieżno lodowy stok wymaga skupienia i maksymalnej ostrożności. To pochłania resztki sił i tylko siła woli i instynkt przetrwania zmusza do marszu w dół. Coraz wyższe, skalne ściany kuluaru odgradzają od podmuchów wiatru. Jestem prawie na płaskim. Teraz w lewo. Duży łuk w lewo. Trzeba ominąć zagradzający drogę serak. Nic nie widać. Tylko daleko zarysy skał szczytu Lhotse nieco orientują w przestrzeni. Przełęcz jest ogromna i zaczynam mieć wątpliwości, czy trafię do namiotu.

            Namiot?!A jeśli go nie ma? Jeżeli porwał go wiatr? Nie dopuszczam tych myśli.Przecież nie możemy tak przegrać. Obciążyliśmy go pustymi butlami tlenowymi. Jest mały i nawet taki huragan nie powinien go zwiać. Chyba już minąłem serak. Teraz w prawo. Namiot stał na zachodnim stoku przełęczy. Ostatnie kilkaset metrów dłuży się w nieskończoność. Latarka przestała już świecić i co chwilę potykam się o leżące na przełęczy kamienie. To już gdzieś niedaleko. To musi być gdzieś tu. Zawadzam o wmarznięty w lód kamień i leżę jak długi. Powoli podnoszę się. Robię kilka kroków i jest. Jest namiot.

            Godz. 21,30

-         Halo dwójka. Halo dwójka. Tu czwórka. Mówi Leszek. Jestem w namiocie. Krzysiek dochodzi. Odbiór.

-         Powtórz jeszcze raz. – Odparł Zawada. – Spokojnie bo nie rozumiem.

-         Mówi Leszek. Jestem w namiocie. Krzysiek dochodzi. Jesteśmy potwornie zmęczeni. Nigdy w życiu nie byłem tak zmęczony... Połączymy się później. Zasypiam na siedząco. Na razie.

 

Literatura:

-         Leszek Cichy, Krzysztof Wielicki, Jacek Żakowski – Rozmowy o Evereście

-         Leszek Cichy, Krzysztof Wielicki – Na Mount Everest zimą, Wierchy nr 50 (1981)



Podziel się
oceń
0
0

Comments / komentarze (0) | Leave a Reply / Dodaj komentarz

Zdobycie Mount Everestu zimą - Leszek Cichy cz.1.

sobota, 01 września 2007 9:36

Leszek Cichy
Trzeba zejść, żeby zwyciężyć cz.1.

Nacisnąłem przycisk radiotelefonu i wciąż jeszcze ciężko dysząc zacząłem wywoływać – Halo baza, halo, czy nas słyszycie. Odbiór. Po chwili „klimek” zaskrzypiał, zarzęził i w końcu wydobył się z niego nerwowy głos Zawady: Halo, dwójka, halo, słyszymy, gdzie jesteście. Odbiór. – Na szczycie jesteśmywyrwał się Krzysiek – na szczycie zimą, Wasza to zasługa. – Hurra, hurra z „dwójki” słychać było dzikie wrzaski radości. – Są na szczycie, halo baza, są na szczycie, całujemy, rekord świata. Zimno tunareszcie dorwałem się do głosu – wieje jak cholera, strasznie ciężko. Naprawdę, gdyby to nie był Everest, to chyba byśmy nie weszli. Straszne nawisy. Bardzo boimy się zejścia. Będziemy bardzo uważać. Jest cholerny wiatr, siecze w oczy, ale damy radę. Zobaczysz. Do zobaczenia.

     Wyłączam radiotelefon, rozkręcam antenę i pakuję do plecaka. Jeszcze trzeba umocować butlę, żeby trzymała się w środku i można zakładać maskę. W butli już tylko 30 atmosfer tlenu. Starczy na godzinę, może półtorej.Oby wtedy mieć już za sobą grań do Południowego. Wierzchołek Południowy traktujemy jako ten punkt, gdzie skończą się wszystkie problemy i gdzie będziemy bezpieczni. Krzysiek zaczyna już schodzić. Zarzucam plecak,poprawiam maskę i powoli ruszam za nim. Wiatr. Teraz, kiedy wstaliśmy i kiedy trzeba się w nim poruszać, czuje się jego siłę. Wieje z prawej strony, niosąc twarde grudki lodu. Mimo maski sieką po twarzy. Krzysiek, bardziej w prawo, bardziej w prawo, bo zlecimy nawisem – wołam, odchylając maskę. Pierwsze sto, dwieście metrów jest łatwe. Stroma, ale szeroka grań doprowadza do Stopnia Hilary`ego. Tam się zwiążemy – myślę. Mijam kolejny przedwierzchołek i widzę, że Krzysiek już jest na Stopniu Hilary`ego. Dlaczego nie poczekał na linę, do cholery –jestem zły, ale już nic nie mówię. Krzysiek schodzi tyłem, wybijając małe stopnie w twardym zlodowaciałym śniegu. Opieram się o stok i czekam. Wiatr przenika przez wszystkie warstwy naszych ubiorów. Ależ zimno. Kiedy on wreszcie zejdzie? Obserwuję Krzyśka. Porusza się powoli, ale bardzo ostrożnie. To dobrze. Trzeba uważać. Wreszcie jest na dole.

        Teraz kolej na mnie. Przez chwilę myślę o wyjęciu liny, ale nie byłoby jej tu o co zaczepić. Pierwsze parę kroków jest łatwe, jednak w połowie uskoku trzeba opuścić się na czekanie. Niepewne stopieńki nie dają gwarancji bezpieczeństwa, ale w końcu innej drogi nie ma. Moment emocji i jestem obok Krzyśka. Teraz czeka nas pozioma, mocno eksponowana, z ogromnymi dwudziestometrowymi nawisami, lodowa grań. Posuwamy się trochę poniżej,po prawej, nawietrznej stronie ostrza. Stromy lodowy stok, oraz potworny wiatr zmusza nas do schodzenia bokiem. Idziemy twarzą do stoku, odwróceni plecami do wiatru. Wbijanie czekana, wyrąbywanie kolejnych stopni i poprawianie maski, bo ciągle patrzymy pod nogi i maska podjeżdża do góry, strasznie przedłuża zejście. Posuwamy się dosłownie metr po metrze. Patrzę na daleki Wierzchołek Południowy i marzę, żeby się już tam znaleźć. Czas ucieka, robi się coraz później,ale tu nic nie można przyspieszyć. Trwa to wszystko bardzo długo,jednak w końcu, po prawie dwóch godzinach dochodzimy do maluteńkiej przełączki pod parometrowym uskokiem Wierzchołka Południowego.

       Miejsce jest trochę osłonięte od wiatru i z ulgą zdejmujemy plecaki. Patrzę na wskazówkę manometru. Stoi na zerze. Krzyśka też. No tak, koniec tlenu.Rozpinamy plecaki i wyjmujemy butle. Zostaną tutaj. Nam są już niepotrzebne, a nawet puste ważą po pięć kilogramów. Odkręcamy reduktory – te są zbyt cenne, żeby je tu zostawić. Masek nie zdejmujemy, jednak chronią od wiatru i oddechem ogrzewamy całą twarz.Wyjmuję termos z Krzyśka plecaka, ale nie mamy ochoty na picie.Wiedząc, że tak trzeba, wkładam do ust kilka kostek cukru. Namawiam też Krzyśka. Ze swojego plecaka wyjmuję linę, a Krzysiek ze swojego trzy lodowe śruby. One już też nie będą nam potrzebne. Będziemy mieli lżej.Układam pozostałe rzeczy w plecaku.

          Radiotelefon?Może się połączyć? Ale co im powiemy? Że jest późno, że dopiero tu za Wierzchołkiem Południowym zacznie się prawdziwa walka z odległością,czasem i narastającym zmęczeniem, i że nie wiemy, czy uda się zejść?Szkoda czasu. Wiążę plecak i zakładam na ramiona. Teraz ja ruszam pierwszy.

        Na  Wierzchołku Południowym przechodzimy na drugą stronę grani i teraz idziemy poza wietrznej jej stronie. Trochę mniej wieje, ale w powietrzu unosi się rozpylony śnieg i zalepia okulary. Ciągłe ich przecieranie nie ma sensu. Trzeba zdjąć. Dopiero teraz spostrzegamy, że jest już zmierzch.Jest godzina piąta. Za pół godziny, najwyżej godzinę zrobi się całkiem ciemno, a my jesteśmy tak wysoko – na wysokości około 8700 m. Przed nami cztery – pięć godzin zejścia. Czy damy radę zejść po ciemku?

  Rozpylony w powietrzu śnieg ogranicza widoczność do kilku metrów. Stroma,przetykana skałami grań poniżej Wierzchołka Południowego zmusza nas do schodzenia śnieżnymi polami, dziesięć, piętnaście metrów poniżej ostrza. Śnieg spadły przed dwoma dniami, wywiany ze ściany przez silny wiatr tworzy tu, na zawietrznej stronie, warstwę dwudziestu centymetrów puchu. Jest po prostu niebezpiecznie. Zaczynamy schodzić tyłem.Posuwamy się wolniej, jednak w tych warunkach jest to jedyny bezpieczny sposób. Tracimy poczucie mijającego czasu. Cały nasz świat to stok widoczny kilka metrów w do góry i kilka metrów w dół. Nierealna sceneria.

            Czekan. Stopień. Stopień. Czekan. Powtarzający się w nieskończoność rytm krokówi ręki przesuwającej niżej punkt oparcia. Robimy to podświadomie. Przy narastającym zmęczeniu do głosu zaczyna dochodzi doświadczenie.Dziesięć lat wspinania pozwala wyłączyć się z tych czysto mechanicznych czynności. Nasza uwaga skupia się na utrzymaniu maksymalnie szybkiego tempa. Powoli grań staje się mniej stroma i kończy się jej skalna część. Jeszcze kilkadziesiąt metrów i jesteśmy na małym, śnieżnym jej przegięciu. Spakowany plecak, wbity w śnieg czarny czekan i kawałek liny przypominają, że to tu jesienią zeszłego roku umarł na biwaku Ray Genet – przewodnik z Alaski, którego kartkę znoszę ze szczytu.

      Siadamy. Chwila odpoczynku. Co z nogami – pytam Krzyśka. Nie wiem nie czuję. Od momentu, gdy skończył się tlen, zmęczenie narasta coraz szybciej i coraz dotkliwiej odczuwamy zimno. Trzeba ruszać. Tylko szybki marsz w dół może rozgrzać stopy. Teraz mamy przed sobą łatwiejszy odcinek.     cdn......



Podziel się
oceń
0
0

Comments / komentarze (4) | Leave a Reply / Dodaj komentarz

Krzysztof Wielicki - Zdobycie Mount Everestu - Polish Winter Expedition 1980 cz.3.

sobota, 18 sierpnia 2007 10:01
Krzysztof Wielicki
Zdobycie Mount Everestu
Polish Winter Expedition 1980

Pięć po trzeciej rozpoczęliśmy zejście. Miałem już tak obolałe stopy, że po prostu nie byłem w stanie utrzymać się na stromym stoku. Musiałem podrąbywać stopnie, a to dodatkowo zwalniało i tak żółwie tempo.Zaczynał się wyścig z czasem, którego stawką mogło być nasze życie. Tuż za wierzchołkiem południowym straciłem wzrok. Przez dłuższą chwilę widziałem tylko białe plamy. Żadnych kształtów, proporcji, barw. Przede mną stanęła biała nieprzenikniona ściana. Straciłem poczucie czasu i kierunku. Przypomniałem sobie o okularach (spawalniczych), które zdjąłem w czasie podejścia, bo co chwila zachodziły mi parą. Założyłem je i przez jakiś czas stałem zupełnie bezradny na pokrytym o sypującym się śniegiem stromym stoku. Bałem się ruszyć. Kurczowo chwyciłem głowicę czekana i czekałem, aż odpoczywające za szkłem oczy znów zaczną widzieć. Pierwszy raz miałem wątpliwości, czy uda się zejść. Koło drogi zobaczyliśmy wyłaniającą się ze śniegu zlodowaciałą postać Hannelore Schmatz – himalaistki, która pozostała tu na zawsze. Robiło się już ciemno, a my mieliśmy jeszcze przed sobą szmat drogi. Schodziłem z wielkim trudem. Na stromym stoku cały ciężar ciała spoczywał na odmrożonych, krwawiących, coraz bardziej bolących palcach. Próbowałem iść bokiem, ale wtedy bardzo łatwo się potknąć. Zmęczenie było tak ogromne, że na pewno w razie upadku nie zdołałbym wyhamować co kosztowałoby mnie życie. Tak więc zejście przodem. Co kilka kroków przystanek. Żeby choć na chwilę zmniejszyć potworny, otępiający ból w palcach. Wiedziałem, że opóźniam marsz. Leszek musiał zwalniać, aby nie zostawić mnie za daleko w tyle. W ten sposób zmniejszały się też i jego szanse na szczęśliwe dotarcie do Przełęczy. W zupełnych ciemnościach,prawie po omacku pokonaliśmy stosunkowo łatwy trawers. Latarki były wyczerpane – ich światło sięgało najwyżej na metr. W górach metr to nie est odległość. Chcąc w miarę rozsądnie wybierać trasę, trzeba widzieć na dziesięć, sto, pięćset metrów.

3.jpg (3.80 Kb)Zostawałem sporo w tyle. Chwilami traciłem Leszka z oczu. Często musiałem przystawać i szukać na stoku śladów jego raków. Kiedy znalazłem się w kuluarze, wiedziałem, że teraz wszystko zależy tylko od mojej kondycji i od tego, na ile będę w stanie wydobyć ukryte jeszcze w mięśniach rezerwy. Właściwie nie miałem już sił. W takich momentach człowieka nie niesie już siła mięśni, lecz siła woli – ogromna wola przetrwania.Wpada się w trans, który powoduje, że ruchy stają się niemal automatyczne. W kuluarze znów zrobiło się bardzo stromo. Nie mogłem już schodzić przodem. Piekący ból żywcem obdzieranych ze skóry palców u stóp wymusił zmianę techniki zejścia na zjazd. Wbijałem czekan z całej siły, chwytałem go oburącz, obsuwałem nogi, wyrywałem czekan, wbijałem nieco niżej, znów zsuwałem nogi. Posuwałem się w żółwim tempie. Wtedy wydawało mi się, że jest to dla mnie jedyny ratunek. Będę szedł nie wiem jak długo – powiedziałem sobie – ale w końcu dojdę, muszę dojść.Pomyślałem, że nie mam prawa zatrzymywać Leszka. Mógł iść dużo szybciej niż ja, a ciągłe zwalnianie tempa tylko go dodatkowo osłabiało.Krzyknąłem mu, żeby szedł i nie oglądał się na mnie.

Postawiłem na ostrożność. Wiedziałem, że na samo dojście powinno wystarczyć mi sił, a jeden nieostrożny ruch może kosztować życie. Najwięcej czasu straciłem na seraku. Zszedłem za nisko i nie miałem już sił, aby się wycofać. Zmarnowałem tam co najmniej pół godziny. Zrobiło się tak stromo, że nie mogłem schodzić, więc po prostu usiadłem, zaparłem się rakami i zjeżdżałem kawałeczek po kawałeczku. W końcu wyłoniły się zmroku jaśniejsze kontury Przełęczy. Widziałem wzniesienie w stronę grani Lhotse, ale nie widziałem namiotu. Zgłupiałem zupełnie. Gdzie jest namiot? Nie wiedziałem, czy mam iść w prawo czy w lewo.Przypomniałem sobie, że namiot stoi na łagodnym zboczu lekko opadającym w stronę kotła. Niepewnie ruszyłem w tamtą stronę.

Będąc blisko namiotu pomyślałem, że jestem uratowany. W namiocie było cieplutko. Leszek, który już trochę odpoczął, daje mi wspaniałej,gorącej herbaty i zabiera się do gotowania zupy. Odmrożone stopy wydały mi się w tym momencie najważniejsze. Wiedziałem, że mogę jeszcze wiele zrobić, aby uniknąć amputacji. Zdejmuję buty i wyciągam nogi nad wolną maszynką. Siedzę z kolanami pod brodą, trzymając stopy nad płomieniem.Całą swoją wolę skupiam nad tym, żeby nie zasnąć. Boję się, że spalę namiot i przyjdzie nam nocować pod gołym niebem. Zupa jest gotowa.Jakoś nie mogę jej wmusić w siebie – Leszek zresztą też. Zjadamy najwyżej po dwie łyżki. Widzę tylko płomień maszynki i grzejące się nad nim sztywne, zimne jak lód stopy. Co chwila przysypiam, budzę się z przerażeniem. Przez moment udaje mi się czuwać, a potem oczy same się zamykają, świadomość ucieka, zapadam w czarną otchłań. Po dwóch godzinach czucie w stopach zaczyna wracać. Widzę już że obejdzie się bez większych amputacji, włażę więc do śpiwora i w końcu udaje mi się zasnąć.

Zejście do bazy było bardziej czołganiem się niż marszem. Moment powrotu wspominam jako jeden z najwspanialszych, jakie przeżyłem w górach.Koledzy płakali; były to łzy szczęścia. Chociaż nie oni stanęli naszczycie – a przecież tego pragnie każdy uczestnik wyprawy – wszyscy przeżywali radość zwycięstwa. 

Uczestnicy wyprawy:

Andrzej Zawada – kierownik wyprawy, Józef Bakalarski /filmowiec/, Leszek Cichy,Krzysztof Cielecki, Ryszard Dmoch /z-ca kierownika/, Walenty Fiut,Ryszard Gajewski, Zygmunt Andrzej Heinrich, Jan Holnicki-Szulc, Robert Janik /lekarz/, Stanisław Jaworski /filmowiec/, Bogdan Jankowski,Aleksander Lwow, Janusz Mączka, Kazimierz Waldemar Olech, Maciej Pawlikowski, Marian Piekutowski, Ryszard Szafirski, Krzysztof Wielicki,Krzysztof Żurek.

Posłowie : 
Był rok 1979. Polski Związek Alpinizmu przygotował dwie narodowe wyprawy na
Mt. Everest pod kierownictwem Andrzeja Zawady – pioniera himalaizmu
zimowego – zimową i wiosenną. Miałem jechać z ekipą wiosenną w
następnym roku, lecz umieszczono mnie także jako rezerwowego na liście
wyprawy zimowej. Zdarzyło się, że trójka moich kolegów zrezygnowała;
pojechałem więc zimą. Pod pewnymi względami nasza wyprawa była jedyną w
swoim rodzaju. Nigdy wcześniej ani później nie doświadczyłem tak
autentycznego zbiorowego wysiłku, dobrze dobranego składu, dobrej
atmosfery w zespole i charyzmy kierownika.


aby zobaczyć album z tej wyprawy wystarczy kliknąć na link :
                 Zdobycie Everestu Polish Winter Expedition 1980

Zapraszam też do korzystania z udogodnień po prawej stronie, w kolumnie m.in. udogodnienia google, zaraz pod serwisem pogody z Kathmandu, polecane linki i inne ciekawe skróty.


Podziel się
oceń
0
0

Comments / komentarze (1) | Leave a Reply / Dodaj komentarz

Krzysztof Wielicki - Zdobycie Mount Everestu - Polish Winter Expedition 1980 cz.2.

piątek, 17 sierpnia 2007 11:23

                            Krzysztof Wielicki

Zdobycie Mount Everestu
Polish Winter Expedition 1980
Kliknij na obrazku aby go powiekszyc
Kliknij na obrazku aby go powiekszyc

Dnia16 lutego ruszyliśmy z Leszkiem w górę. Wzięliśmy po butli z tlenem na drogę i może dzięki temu szło nam naprawdę doskonale. Najszybsze dotychczas wejście na Przełęcz trwało sześć godzin, a my podeszliśmy w niespełna cztery. Dbaliśmy o utrzymanie dobrej formy przed jutrzejszym atakiem, więc po drodze zatrzymaliśmy się, napiliśmy się herbaty z termosu, odpoczęliśmy trochę. Dzięki temu dochodząc koło pierwszej na Przełęcz nie czuliśmy prawie zmęczenia. Przełęcz Południowa tworzy szerokie siodło na którym zatrzymują się wszystkie wyprawy zdążające na Mt. Everest i Lhotse drogą klasyczną. Wnoszą oni całe tony sprzętu,który leży pozostawiony na Przełęczy. Gdyby ktoś miał czas i siły można by tu skompletować nie najgorsze wyposażenie dla całkiem sporej wyprawy. Leszek wpadł na pomysł by nocą grzać w namiocie. Wyszukaliśmy więc w okolicy butan do maszynek, oraz butle z tlenem na noc.Ugotowaliśmy herbatę, kawę, jakąś zupkę. Na deser mieliśmy znalezioną na Przełęczy galaretkę, którą zagryzaliśmy pasztetem wraz z kilkuletnim chrupkim chlebem pozostawionym przez poprzednich właścicieli. Czegoś tak dobrego nigdy jeszcze nie jadłem.

Zaczynało świtać. Słońce podniosło się lekko nad Przełęczą. Oczywiście to słońce niewiele jeszcze grzało i temperatura była o jeden stopień wyższa od minimalnej w nocy. Widok jasnego czystego nieba i iskrzącego się śniegu dodawał nam otuchy. W namiocie zostawiliśmy jeden termos pełen herbaty,żeby w drodze powrotnej, idąc do „trójki”, nie stracić na Przełęczy zbyt wiele czasu. Wszystkie rzeczy puchowe założyliśmy na siebie. Ja włożyłem jeszcze do plecaka zapasowy sweter, skarpety, rękawice i kombinezon przeciwwiatrowy. Poza tym niosłem termos, pakiet szczytowy i oczywiście swoją butlę. Razem było tego dobre kilkanaście kilogramów.

Ruszyliśmy na szczyt. Po pewnym czasie zaczęło kurzyć. Pogoda zrobiła się typowo tatrzańska. Porywany przez wiatr wczorajszy sypki śnieg unosił się tumanami, a potem raptownie opadał, jakby chciał zasypać nas wyrwanymi spod nóg płatkami. Szło się dość kiepsko, bo na śliskim i twardym firnie leżała kilkucentymetrowa warstwa sypkiego, osuwającego się puchu. W końcu zdecydowaliśmy się wejść na grań. Właściwie nie tyle zdecydowaliśmy, co po prostu weszliśmy. Nad takimi rzeczami człowiek się nie zastanawia. Nikt nie kalkuluje sobie, że tu jest wiatr, a tam nie, tam mogę się poślizgnąć, więc jednak pójdę tu. To dzieje się samo,poza świadomością. Dlatego takie ważne jest doświadczenie – lata wspinaczki i chodzenia po Himalajach. Człowiek, który by tu był pierwszy raz, miałby znikome szanse ujścia z życiem. Kiedy znaleźliśmy się na grani, okazało się, że tu też jest niedobrze, bo z kolei śnieg jest wywiany i idzie się po nagiej skale. W rakach na skale jest szalenie niebezpiecznie. Musieliśmy zejść parę metrów na stronę tybetańską.

Na Wierzchołku Południowym wiało dość mocno, więc odpoczęliśmy tylko chwilkę i ruszyliśmy w dalszą drogę. Przed nami był jeszcze najtrudniejszy odcinek między wierzchołkiem południowym a szczytem.Zeszliśmy na niewielką przełączkę i tu dopiero zaczęły się prawdziwe kłopoty. Nie mogliśmy iść granią, bo potworzyły się na niej ogromne nawisy, które w każdej chwili mogły się oberwać i porwać nas z sobą.Zszedłem trochę niżej.  Tu też okazało się niebezpiecznie,więc wróciłem do Leszka, który szedł pod samą granią. Wspiąłem się za Leszkiem na Stopień Hilarego. Blisko, w odległości najwyżej kilkunastu minut marszu, zobaczyłem wierzchołek. Droga była dość łatwa. Szedłem jak najszybciej. Kiedy dotarłem na miejsce, zobaczyłem Leszka podążającego dalej. Przed sobą widziałem kolejny wierzchołek unoszący się stromo nad granią. To musi być ten – pomyślałem – to już na pewno ten! Ale i tym razem spotkał mnie zawód. Wysokość zdobywaliśmy z wielkim trudem, a ja musiałem ponadto pokonywać ból odmrożonych stóp.Na szczycie stanęliśmy o godzinie 14,25. Byłem w euforii. Chciałem jej za wszelką cenę uniknąć. Wiedziałem, że sukces liczy się naprawdę tylko wtedy, kiedy „doniesie się” go do bazy. W chwilę później Bogdan Jankowski przesłał z bazy w świat radiowy komunikat: „...Mount Everest zdobyty po raz pierwszy w okresie zimy himalajskiej”. Wypowiedziany przez mojego partnera, a rozpowszechniony później przez media autokomentarz dotyczący wejścia: „gdyby to nie był Everest, to pewnie byśmy nie weszli” – zawiera prawdę i o mnie.

Messner w jednej ze swoich książek pisze, że zwycięskich wspinaczy ogarnia błogie rozleniwienie, nieodparta chęć pozostania na szczycie. Uznaliśmy to za chwyt reklamowy. My chcieliśmy raczej zwiewać stąd jak najszybciej. Wyłączyliśmy radiotelefon i zabraliśmy się do roboty.Najpierw wyciągnęliśmy flagi. Próbowałem zrobić zdjęcie Leszkowi trzymającemu je na szczycie. Migawki zamarzły nam na kamień i udało się zrobić tylko jedno zdjęcie ze szczytu. Zawiesiliśmy na triangulu różaniec od Papieża i krzyżyk od matki Staszka Latałły – naszego kolegi, który zginął w 1974 r. podczas wyprawy na Lhotse – i włożyliśmy do schowka kartkę z napisem: „Polish Winter Expedition”. Leszek znalazł kilka kamyków, a ja włożyłem do specjalnych torebek parę garści śniegu dla naukowców.
       

    Jerzy Kukuczka                ..w drodze na szczyt        K. Wielicki na szczycie


aby zobaczyć album z tej wyprawy wystarczy kliknąć na link :
                 Zdobycie Everestu Polish Winter Expedition 1980

Zapraszam też do korzystania z udogodnień po prawej stronie, w kolumnie m.in. udogodnienia google, zaraz pod serwisem pogody z Kathmandu, polecane linki i inne ciekawe skróty.


Podziel się
oceń
0
0

Comments / komentarze (0) | Leave a Reply / Dodaj komentarz

Krzysztof Wielicki - Zdobycie Mount Everestu - Polish Winter Expedition 1980 cz.1.

środa, 15 sierpnia 2007 4:48
Krzysztof Wielicki
Zdobycie Mount Everestu  
Polish Winter Expedition 1980

  Kliknij na obrazku aby go powiekszyc      Kliknij na obrazku aby go powiekszyc



Po założeniu bazy na lodowcu Khumbu, 5 stycznia 1980 roku rozpoczęliśmy zakładanie poręczówek i obozów na drodze normalnej. Wciągu 10 dni mieliśmy gotowe trzy obozy. Przez kolejnych kilkanaście dni nie mogliśmy nic zrobić z powodu huraganowych wiatrów, a czas nieubłaganie uciekał. Mieliśmy zezwolenie na pobyt tutaj do końca lutego, ale kierownik wyprawy Andrzej Zawada obiecał, że zakończymy działalność dwa tygodnie wcześniej. Szerpowie pocieszali nas i przepowiadali rychłą poprawę pogody. Wiatr powoli zaczął przycichać i mogliśmy ruszyć w górę. Dopiero 11 lutego zespół w składzie Walenty Fiut, Leszek Cichy i ja osiągnął po raz pierwszy Przełęcz Południową (ok. 8000m.). Rozbiliśmy namiot i  założyliśmy ostatni obóz. Kilka kolejnych dni poświęconych było na aklimatyzację i donoszenie sprzętu - butli z tlenem, od których zależał udany atak szczytowy. Po nas na Przełęcz Południową dotarli Andrzej Zawada i Ryszard Szafirski. Rysiek usiłował zanieść butle z tlenem na niższy Południowy Wierzchołek (ok.8750m.), ale udało mu się wnieść je tylko około 150 metrów wzwyż. 14 lutego na Przełęcz Południową dotarli Andrzej Heinrich i Szerpa Pasang Norbu, którzy nazajutrz podjęli nieudany atak szczytowy. W międzyczasie Zawada z Szafirskim rozpoczęli zejście z Przełęczy Południowej. Szafirski był w dużo lepszej formie schodził więc szybciej, ale zapewniał, że Andrzej lada chwila dotrze do„trójki”. Mijał czas, zapadł zmrok, a Andrzeja ciągle nie było.Szafirski jako jego partner czuł się odpowiedzialny za zaistniałą sytuację, że opuścił go po drodze. Nie umiał znaleźć sobie miejsca.Gdyby tylko mógł, ruszyłby do góry, ale po całym dniu akcji nie miał już sił. Przez radiotelefon trwała dyskusja kto ma iść szukać Andrzeja.Uważaliśmy, że na pomoc Zawadzie powinni ruszyć Heinrich i Pasang, którzy zdążyli już odpocząć na Przełęczy i nie bardzo kwapili się do jutrzejszego ataku, a idąc z góry doszliby do niego dużo szybciej. O ósmej urwała się z nimi łączność.


Godzinę później uznaliśmy z Leszkiem, że nie można dłużej zwlekać. Ubrałem się, założyłem raki, wziąłem latarkę i poszedłem się rozejrzeć. Z samego obozu nie było widać drogi na Przełęcz. Żeby ją zobaczyć, musiałem zrobić spory trawers i wyjść poza zasłaniającą widok ściankę lodową.Kiedy się tam znalazłem, od razu zobaczyłem mrugające w oddali światełko. Zorientowałem się że jest za bardzo z boku. Przyszło mi na myśl, że albo spadł, potłukł się i nie ma siły iść, albo zwyczajnie zgubił drogę. Zaraz przypomniałem sobie te kłopoty Andrzeja ze wzrokiem, te jego wiecznie parujące okulary. Zawsze kazał sobie czytać a teraz mógł po prostu czegoś nie zauważyć, zgubić czekan, złamać rękę lub nogę. Zacząłem krzyczeć, że jest za nisko, że musi podejść. Po chwili światełko drgnęło, wolniutko przesunęło się w górę, zatrzymało się, znów drgnęło. Odetchnęliśmy. Wiedzieliśmy już, że Zawadzie nic nie jest, że zabłądził, ale może iść o własnych siłach. Najbardziej bałem się schodzenia do Andrzeja po nieporęczowanym lodowym stoku. W górę idzie się w miarę bezpiecznie, ale w dół nawet za dnia nietrudno się potknąć, przewrócić, zjechać kilkaset metrów. Gdy dotarliśmy do niego Leszek podał mu gorący bulion i środki rozszerzające, gdyż skarżył się,że nie czuje stóp. Po chwili Andrzej poczuł się lepiej i powolutku doprowadziliśmy go do poręczówki którą zgubił podczas feralnej przepinki. Podczas schodzenia, zaczęły dokuczać mi palce odmrożone podczas poprzedniej wyprawy. Przyspieszyłem więc i dotarłem do obozu pierwszy. Leszek przyszedł pół godziny później. Była szósta rano. Akcja zajęła nam praktycznie całą noc. Byliśmy tak zmęczeni, że o porannym wejściu na Przełęcz nie mogło być mowy. Zdjęliśmy tylko raki i w butach w całym ubraniu walnęliśmy się do śpiworów. Drzemaliśmy zmordowani, a Szafirski tylko serwował nam kolejne herbaty i kawy.

Kiedymy odpoczywaliśmy w „trójce” Heinrich z Pasangiem podjęli pierwszą praktycznie próbę zaatakowania szczytu. Pogoda była stosunkowo niezła, wiatr dość słaby, dopiero po południu zaczął prószyć śnieżek. Zyga był w doskonałej formie, Pasang też. Mieli ogromną szansę na to wejście -tylko że w nią nie wierzyli. Tego samego dnia zeszli z Przełęczy, wpadli do „trójki” napić się czegoś i pobiegli z Szafirskim na nocleg do „dwójki”.

   

Członkowie wyprawy : Krzysztof Wielicki, Andrzej Zawada, Leszek Cichy.

 


Droga na szczyt Mt. Everest przez Przełęcz Południową - wyprawa zimowa'80r

aby zobaczyć album z tej wyprawy wystarczy kliknąć na link :
                 Zdobycie Everestu Polish Winter Expedition 1980

Zapraszam też do korzystania z udogodnień po prawej stronie, w kolumnie m.in. udogodnienia google, zaraz pod serwisem pogody z Kathmandu, polecane linki i inne ciekawe skróty.


Podziel się
oceń
0
0

Comments / komentarze (1) | Leave a Reply / Dodaj komentarz

Zdjęcia w galeriach.



Ciekawe strony





Kwartalnik turystyczny-W górach

pamir

Szkoła wspinania



Przewodnik po górach


piątek, 23 czerwca 2017

Kalendarz

« czerwiec »
pn wt śr cz pt sb nd
   01020304
05060708091011
12131415161718
19202122232425
2627282930  

O moim bloogu

Great tops for everyone! Motto of my life -my destination - Everest, come and visit my adventure world:) Everest to blog o wyprawie na dach świta o marzeniu, o zdobywcach, himalaistach, wyprawach, tr...

more / wiecej...

Great tops for everyone! Motto of my life -my destination - Everest, come and visit my adventure world:) Everest to blog o wyprawie na dach świta o marzeniu, o zdobywcach, himalaistach, wyprawach, trekkingu, podróżach na koniec świata..

schowaj...

hidentity.org



Locations of visitors to this page




National Geographic Video Shorts

Everest - Express Widgets


Everest my dream - Express Widgets









Powiadamiacz

Powiadom kumpla o moim serwisie!

powiadom.4free.pl






Ważne daty




Kalendarz imienin







blog counter
since 12feb2008 View My Stats


Lubię to

Więcej w serwisach WP

Bloog.pl

Bloog.pl